Kompletnie nikt niczego nie rozumie!
Nasze miasto wygląda, jak po wybuchu łajnopocisku Geensa w kopalni.
A tak sympatycznie już było, znowu kilku narwanych poległo pod barem, co prawda, zamiast kałuży krwi, kałuża whiskey po nich została, ale zawsze.
Z braku jakichś sensownych zajęć, Pablos (zwany u siebie daleko stąd Pawłem), wymyślił nowe zawody, do których eliminacje już wystartowały, z czego szczególnie cieszy się grabarz.
Pablos wpadł na pomysł, że ponieważ w naszym mieście ludziska już w zasadzie prawie wszystko widzieli, trzeba wprowadzić coś nowego. W tym celu rozesłał wiadomości po kablu telegraficznym do wszystkich okolicznych miast i miasteczek, że w nowych zawodach będzie najwyższa w historii nagroda, ale dla podniesienia rangi i utrzymania całości w tajemnicy, nagroda jest przechowywana w naszym banku.
Razem z Nickt'em i Silverem przygotowaliśmy zasadzkę i już pierwszej nocy pojawili się chętni do pobrania nagrody.
Nie zauważyli oczywiście, że duża sztacheta z nazwą BANK jest ledwo-ledwo przyczepiona do ganku chałupy Unkassa, który gdzieś wyjechał. Ledwo-ledwo, bo przyczepiał Voltt, zdrowo pod napięciem, jak zwykle. Dobrze, że się nie zabił przy tym prostym zadaniu, a przyczepił dość wysoko - co zasługuje na medal, bo ten wyczyn bez drabiny zrobił.
Jak tylko weszli przez okno do chałupy, Nickt podpalił lont i w rezultacie Unkass - jak wróci, oczywiście, będzie musiał chałupę odbudować. Generalnie na plus mu wyjdzie, bo ta, która stała do tej pory, strasznie ostatnio zaniedbana była.
No a chętnych na nagrodę to dzieciaki zbierały do kubełków dla starej wiedźmy, która się sprowadziła w naszą okolicę niedawno.
Ubaw był po pachy, bo jedynie pachy można było rozpoznać.
Teraz musimy wybrać inną chałupę i przyczepić na niej napis BANK. Idę o zakład, że kolejni chętni się pojawią.
No a ten wygląd miasta? Burmistrz też na pomysł wpadł. Ponieważ masa konkursów przez Dziki Zachód się przewala, łącznie z "jak oni wrzeszczą" (nawet nieźle, bo kaktusy lekko bolesne są, żeby na nich siadać po rozpędzie z dachu saloonu), Burmistrz też wymyślił konkurs.
Kazał barmanowi przygotować najostrzejsze żarcie, jakie potrafi i ochotnicy to jedzą. Posiłek jest wydawany przed szubienicą, żeby pamiętali o karze za wycofanie się z zabawy, no a ci, którzy to zjedli, równo zafajdali całe miasto, bo Burmistrz zakazał wpuszczać ich do naszych chałup i dawać dostęp do wychodków.
Konkurs miał polegać na tym, że ten wygrywa, który najdalej odbiegnie po posiłku, ale jak do tej pory żaden biec nie mógł, więc wlekli się powoli a kilku nawet czołgało.
Coś nam się wydaje, że barman do tego żarcia coś jeszcze dodał, bo Czarnulce noże zginęły.
Dobra, idę na Whiskey.
piątek, 2 października 2009
Jest coraz bardziej dziwnie.
Jest coraz bardziej dziwnie.
Przyjechali do nas Crazy Duck Brothers, co już wprowadziło zdrowy i świeży powiew nadchodzących pojedynków, przyjęty przez nas z utęsknieniem, bo nikt się już nie prał od dawna w mieście. Wszyscy czekaliśmy na jakąś ciekawą akcję pod saloonem, ale okazało się, że Duck Brothers są jedynie w gębie mocni i to pod budynkiem szeryfa.
Stali tam i przesiadywali godzinami, przechwalając się, jakich to oni czynów nie dokonali, przed gawiedzią miejską, która po kilku dniach się nimi znudziła - zwłaszcza po tym, jak pijany farmer Jones dał kopa jednemu z bliźniaków, a tamten tylko się przesunął, pokazując, że bratu też może przykopać.
W końcu cichaczem się z miasta wynieśli - no bo już wyjechać nie mogli. Jak się dzieciaki zorientowały, że oni tacy mocni są, to im konie zabrały z całym bagażem.
Ale dziwnie nie z tego powodu jest.
Do tej pory, jak ktoś oberwał siekierą, to długo szukał, gdzie są jego części ciała. Od niedawna coś się niepokojąco zmieniło.
Indianin Joe przywalił tomahawkiem Silverowi, który nie reagował na delikatne prośby, żeby wreszcie pozwolił młodej klaczy Indianina swobodnie pobiegać, a Silver nawet w zasadzie tego nie zauważył!
Siekiera się lekko stępiła, Joe zbaraniał, klacz dalej pod Silverem biega.
Silver też się naciął. Chciał wypróbować na pastorze nowe naboje wyprodukowane przez dawno nie widzianego Geensa, a pastor nawet nie zauważył, że się od niego kule odbiły!
W mieście wszyscy jesteśmy w szoku! Jak tak dalej pójdzie, to będziemy najbardziej pacyfistycznym miejscem na całym Dzikim Zachodzie. No nie da się tak żyć, po prostu!
Barman mówi, że chyba wie, o co chodzi. Korespondował ostatnio z Niemcem, tym Gahem, co to z Ambafatylominą gdzieś pojechał.
Otóż zmieniło się nie tylko u nas. Wszędzie zaszły zmiany i nikt już nie wie, jak za chwilę będzie ten świat wyglądał.
Wszędzie ludzie mają ten sam problem: jak chcą przyłożyć, to muszą się dobrze chować! to już jest kompletnie niezrozumiałe! podobno największą skuteczność mają teraz gryzipiórki po skończonej Akademii Wojskowej, z wysokimi notami za Dowodzenie!
No to już chyba Koniec Świata jest, żeby gryzipiórki wygrywały z wytrawnymi bandytami!
Poczekamy, zobaczymy. Gah napisał podobno coś barmanowi, żeby kasę szykował, bo jak komuś zapłaci (no właśnie, komu?), to mu się walnięcie poprawi.
Ja powoli zaczynam kończyć rozumienie.... idę na Whiskey!
Przyjechali do nas Crazy Duck Brothers, co już wprowadziło zdrowy i świeży powiew nadchodzących pojedynków, przyjęty przez nas z utęsknieniem, bo nikt się już nie prał od dawna w mieście. Wszyscy czekaliśmy na jakąś ciekawą akcję pod saloonem, ale okazało się, że Duck Brothers są jedynie w gębie mocni i to pod budynkiem szeryfa.
Stali tam i przesiadywali godzinami, przechwalając się, jakich to oni czynów nie dokonali, przed gawiedzią miejską, która po kilku dniach się nimi znudziła - zwłaszcza po tym, jak pijany farmer Jones dał kopa jednemu z bliźniaków, a tamten tylko się przesunął, pokazując, że bratu też może przykopać.
W końcu cichaczem się z miasta wynieśli - no bo już wyjechać nie mogli. Jak się dzieciaki zorientowały, że oni tacy mocni są, to im konie zabrały z całym bagażem.
Ale dziwnie nie z tego powodu jest.
Do tej pory, jak ktoś oberwał siekierą, to długo szukał, gdzie są jego części ciała. Od niedawna coś się niepokojąco zmieniło.
Indianin Joe przywalił tomahawkiem Silverowi, który nie reagował na delikatne prośby, żeby wreszcie pozwolił młodej klaczy Indianina swobodnie pobiegać, a Silver nawet w zasadzie tego nie zauważył!
Siekiera się lekko stępiła, Joe zbaraniał, klacz dalej pod Silverem biega.
Silver też się naciął. Chciał wypróbować na pastorze nowe naboje wyprodukowane przez dawno nie widzianego Geensa, a pastor nawet nie zauważył, że się od niego kule odbiły!
W mieście wszyscy jesteśmy w szoku! Jak tak dalej pójdzie, to będziemy najbardziej pacyfistycznym miejscem na całym Dzikim Zachodzie. No nie da się tak żyć, po prostu!
Barman mówi, że chyba wie, o co chodzi. Korespondował ostatnio z Niemcem, tym Gahem, co to z Ambafatylominą gdzieś pojechał.
Otóż zmieniło się nie tylko u nas. Wszędzie zaszły zmiany i nikt już nie wie, jak za chwilę będzie ten świat wyglądał.
Wszędzie ludzie mają ten sam problem: jak chcą przyłożyć, to muszą się dobrze chować! to już jest kompletnie niezrozumiałe! podobno największą skuteczność mają teraz gryzipiórki po skończonej Akademii Wojskowej, z wysokimi notami za Dowodzenie!
No to już chyba Koniec Świata jest, żeby gryzipiórki wygrywały z wytrawnymi bandytami!
Poczekamy, zobaczymy. Gah napisał podobno coś barmanowi, żeby kasę szykował, bo jak komuś zapłaci (no właśnie, komu?), to mu się walnięcie poprawi.
Ja powoli zaczynam kończyć rozumienie.... idę na Whiskey!
Jest trochę dziwnie.
Jest trochę dziwnie.
Już od dawna Indianin Joe ostrzegał nas, że to wycinanie lasów źle się skończy. A drzew coraz więcej pada, bo ludzie - nie wiadomo po co - forty budują. Zwykle to fort się buduje, jak jeszcze na danym terenie nic nie ma, żadnego miasta, miasteczka, osady. Tam się żyje i z fortu się wyrusza zajmować przestrzenie i budować siedliska.
A tutaj kompletnie na odwrót się zrobiło: pełno miast, już nawet się nikomu nie chce jeździć po okolicy, tylko wszyscy czekają na gości.
Pełno miast i miasteczek, a oni forty budują! kompletna paranoja!
I co robią? wzajemnie się najeżdżają, jakby mało mieli zajęć. A ile potem zachwytów: "o kurcze, po tym, jak mi dołożyli, znalazłem czapkę!", kupa śmiechu.
Nawet naczelny jajcarz, Silver, prawie się nie rusza. Znalazł sobie nowe hobby i szuka smaku w pierogach, co to ktoś przepis skądś wynalazł. tak się nawpieprzał tych pierogów ostatnio, że przytył. Do tego stopnia zyskał na objętości, że już nie dosięga do kabury dłonią. W przypadku pojedynku, korzysta ze wspomagania, wynajął sobie pomagiera, on mu te rewolwery z kabury wyciąga i podaje. Generalnie, to nikt ostatnio Silvera na pojedynek nie wyzywał, bo musiałby się strzelać w saloonie, - Silver już przez drzwi, do tego - obrotowe, nie przechodzi.
Unkass pojechał w gościnę gdzieś daleko i, jak słychać, rozsmakował się w tamtejszej odmianie whiskey, którą mu kiedyś Kubussek dostarczył.
Tak się rozsmakował, że teraz pojedynkuje się ze sobą samym i - podobno, już parę razy przegrał.
Indianin Joe jedzie na ziółkach, stać go teraz. Jego nowy sklep "Pod kaktusem", ma pełno klientów. Joe te ziółka im sprzedaje i z tego sobie żyje. To znaczy: tak się wydaje, bo Joe delikatnie mówiąc, po tych ziółkach, lekko nieobecny jest.
Geens teraz robi jakieś dziwne rzeczy na zamówienie: po libacji z Joe wysłał przez przypadek materiał wybuchowy pełen krowiego łajna do jakiejś kopalni, no i co tu gadać: stracił klienta błyskawicznie.
Farmer Jonas ma pomocnika: Pogi znudzony tańcami z Czarnulką, zaczął uprawiać rolę. Na początku podobno myślał, że chodzi o scenę i aktorem zostanie, ale jak mu Jonas dał rolę do zaorania, to mu marzenia przeszły. Teraz podobno sam ciągnie pług razem z końmi, taki się mocny zrobił.
Degrengolanda....
Nawet Wasai gra w pokera z cieniem.
Ale do rzeczy: nawiedzają nas duchy!
Do tej pory straszyli Niemcy (ale Gah się zmył razem z Ambafetaminą, został jedynie ich przyjaciel Onufry, ale on zapracowany mocno, dopracowuje wynalazek: nazwał go "samostrzelająca pała"), a ostatnio dołączyły zwierzęta. Nie do uwierzenia po prostu, co się dzieje.
Chodzą słuchy (nawet spore), że to Niedzwiadeek nas straszy, wyjąc nocami pod saloonem. W sumie możliwe, w końcu ma te dwa 'ee' w imieniu? podobno szaman go pogonił z lasu, z jakiegoś niewiadomego powodu, miód mu wypił czy jakoś tak, w każdym razie Fejrun się wkurzył.
Aa tam, idę do saloonu. Przywieźli gazety, może będzie coś o tym nowym rewolwerowcu, co się nazwał 'erq' - dziwnie, ale on podobno mocno oszczędny w słowach jest, który hula po prerii i strzela do wszystkiego, co się rusza (dlatego też hula sam, bo zastrzelił własnego konia, jak ten się ruszył).
Prz okazji zobaczę, co szeryf teraz robi, jak mu przejezdny pastor Voltt (stale napięty, czy pod napięciem?) gwizdnął gwiazdę.
Już od dawna Indianin Joe ostrzegał nas, że to wycinanie lasów źle się skończy. A drzew coraz więcej pada, bo ludzie - nie wiadomo po co - forty budują. Zwykle to fort się buduje, jak jeszcze na danym terenie nic nie ma, żadnego miasta, miasteczka, osady. Tam się żyje i z fortu się wyrusza zajmować przestrzenie i budować siedliska.
A tutaj kompletnie na odwrót się zrobiło: pełno miast, już nawet się nikomu nie chce jeździć po okolicy, tylko wszyscy czekają na gości.
Pełno miast i miasteczek, a oni forty budują! kompletna paranoja!
I co robią? wzajemnie się najeżdżają, jakby mało mieli zajęć. A ile potem zachwytów: "o kurcze, po tym, jak mi dołożyli, znalazłem czapkę!", kupa śmiechu.
Nawet naczelny jajcarz, Silver, prawie się nie rusza. Znalazł sobie nowe hobby i szuka smaku w pierogach, co to ktoś przepis skądś wynalazł. tak się nawpieprzał tych pierogów ostatnio, że przytył. Do tego stopnia zyskał na objętości, że już nie dosięga do kabury dłonią. W przypadku pojedynku, korzysta ze wspomagania, wynajął sobie pomagiera, on mu te rewolwery z kabury wyciąga i podaje. Generalnie, to nikt ostatnio Silvera na pojedynek nie wyzywał, bo musiałby się strzelać w saloonie, - Silver już przez drzwi, do tego - obrotowe, nie przechodzi.
Unkass pojechał w gościnę gdzieś daleko i, jak słychać, rozsmakował się w tamtejszej odmianie whiskey, którą mu kiedyś Kubussek dostarczył.
Tak się rozsmakował, że teraz pojedynkuje się ze sobą samym i - podobno, już parę razy przegrał.
Indianin Joe jedzie na ziółkach, stać go teraz. Jego nowy sklep "Pod kaktusem", ma pełno klientów. Joe te ziółka im sprzedaje i z tego sobie żyje. To znaczy: tak się wydaje, bo Joe delikatnie mówiąc, po tych ziółkach, lekko nieobecny jest.
Geens teraz robi jakieś dziwne rzeczy na zamówienie: po libacji z Joe wysłał przez przypadek materiał wybuchowy pełen krowiego łajna do jakiejś kopalni, no i co tu gadać: stracił klienta błyskawicznie.
Farmer Jonas ma pomocnika: Pogi znudzony tańcami z Czarnulką, zaczął uprawiać rolę. Na początku podobno myślał, że chodzi o scenę i aktorem zostanie, ale jak mu Jonas dał rolę do zaorania, to mu marzenia przeszły. Teraz podobno sam ciągnie pług razem z końmi, taki się mocny zrobił.
Degrengolanda....
Nawet Wasai gra w pokera z cieniem.
Ale do rzeczy: nawiedzają nas duchy!
Do tej pory straszyli Niemcy (ale Gah się zmył razem z Ambafetaminą, został jedynie ich przyjaciel Onufry, ale on zapracowany mocno, dopracowuje wynalazek: nazwał go "samostrzelająca pała"), a ostatnio dołączyły zwierzęta. Nie do uwierzenia po prostu, co się dzieje.
Chodzą słuchy (nawet spore), że to Niedzwiadeek nas straszy, wyjąc nocami pod saloonem. W sumie możliwe, w końcu ma te dwa 'ee' w imieniu? podobno szaman go pogonił z lasu, z jakiegoś niewiadomego powodu, miód mu wypił czy jakoś tak, w każdym razie Fejrun się wkurzył.
Aa tam, idę do saloonu. Przywieźli gazety, może będzie coś o tym nowym rewolwerowcu, co się nazwał 'erq' - dziwnie, ale on podobno mocno oszczędny w słowach jest, który hula po prerii i strzela do wszystkiego, co się rusza (dlatego też hula sam, bo zastrzelił własnego konia, jak ten się ruszył).
Prz okazji zobaczę, co szeryf teraz robi, jak mu przejezdny pastor Voltt (stale napięty, czy pod napięciem?) gwizdnął gwiazdę.
Parę miesięcy nie pisałem.
Parę miesięcy nie pisałem.
Nie, żeby się nic nie działo. Niee, nie to. Nie miałem jak pisać, bo trudno łapać pióro przez deski, w których mi unieruchomili rękę. Nie tylko mnie zresztą.
Gdyby nie ta herbata Indianina Joe, całkowicie bez humoru by było. Ale herbatę to on na niezłych ziołach parzy, więc czas zleciał jakoś szybko i mocno kolorowo.
Miasto trzeba było częściowo przebudować!
Wszystko się zaczęło od tego, że Joe chciał pomóc Geensowi, który zbyt dużo whiskey się opił i w zasadzie się już nie ruszał. Nawet taniec Czarnulki go nie ruszył, co było niepokojącym objawem!
Pół miasta było wyjechane, bo okoliczny fort oblegali, tak dla jaj, bo w środku nic ciekawego nie było. Ot, jakieś rusztowania, mizerny hotelik i jedna wieżyczka. Bramy nawet nie było, więc do fortu każdy mógł wejść, zwłaszcza, że jego załoga albo spała, albo odsypiała.
Ale jak jest fort, to przecież trzeba go oblegać, prawda? no i nasi jajcarze, na czele z Silverem i Unkassem, postanowili tam się pobawić.
Generalnie po zabawie to fortu nie było widać zza morza desek, ale zawsze jakaś rozrywka. Depeche się prawie sam wysłał na poczcie z radości, że jakąś opaskę na czoło znalazł. Na czoło.... opaskę.... no może i tak, ale żona piekarza coś innego zgubiła.
Wracając do Geensa, to jak już go Joe zaczął karmić tymi swoimi wynalazkami, to całkowicie odjechał. Podskoczył na wyrku, potoczył dziwnie rozkojarzonym wzrokiem dookoła, krzyknął: "cholera, ale ciemno" i gdzieś pobiegł. Jakoś bardzo szybko biegł, Nickt nawet go nie zdążył dogonić, a najszybciej z nas biega od czasu, kiedy z pięt tego ostu dziwnego nie wyciągnął.
A Geens pobiegł do siebie i zaczął światło w mieście włączać. No, za ciemno mu było, to świeczki wszędzie porozstawiał i pozapalał. Nie wszystkie nam się udało zgasić, zanim wybuchły.
Na tych ziółkach Geens laski dynamitu za świeczki wziął, no i dlatego miasto lekko przebudowało się w oka mgnieniu.
Idę odpocząć do saloonu, zobaczę, kto już może chodzić.
Nie, żeby się nic nie działo. Niee, nie to. Nie miałem jak pisać, bo trudno łapać pióro przez deski, w których mi unieruchomili rękę. Nie tylko mnie zresztą.
Gdyby nie ta herbata Indianina Joe, całkowicie bez humoru by było. Ale herbatę to on na niezłych ziołach parzy, więc czas zleciał jakoś szybko i mocno kolorowo.
Miasto trzeba było częściowo przebudować!
Wszystko się zaczęło od tego, że Joe chciał pomóc Geensowi, który zbyt dużo whiskey się opił i w zasadzie się już nie ruszał. Nawet taniec Czarnulki go nie ruszył, co było niepokojącym objawem!
Pół miasta było wyjechane, bo okoliczny fort oblegali, tak dla jaj, bo w środku nic ciekawego nie było. Ot, jakieś rusztowania, mizerny hotelik i jedna wieżyczka. Bramy nawet nie było, więc do fortu każdy mógł wejść, zwłaszcza, że jego załoga albo spała, albo odsypiała.
Ale jak jest fort, to przecież trzeba go oblegać, prawda? no i nasi jajcarze, na czele z Silverem i Unkassem, postanowili tam się pobawić.
Generalnie po zabawie to fortu nie było widać zza morza desek, ale zawsze jakaś rozrywka. Depeche się prawie sam wysłał na poczcie z radości, że jakąś opaskę na czoło znalazł. Na czoło.... opaskę.... no może i tak, ale żona piekarza coś innego zgubiła.
Wracając do Geensa, to jak już go Joe zaczął karmić tymi swoimi wynalazkami, to całkowicie odjechał. Podskoczył na wyrku, potoczył dziwnie rozkojarzonym wzrokiem dookoła, krzyknął: "cholera, ale ciemno" i gdzieś pobiegł. Jakoś bardzo szybko biegł, Nickt nawet go nie zdążył dogonić, a najszybciej z nas biega od czasu, kiedy z pięt tego ostu dziwnego nie wyciągnął.
A Geens pobiegł do siebie i zaczął światło w mieście włączać. No, za ciemno mu było, to świeczki wszędzie porozstawiał i pozapalał. Nie wszystkie nam się udało zgasić, zanim wybuchły.
Na tych ziółkach Geens laski dynamitu za świeczki wziął, no i dlatego miasto lekko przebudowało się w oka mgnieniu.
Idę odpocząć do saloonu, zobaczę, kto już może chodzić.
Opowieść Shelleya
Opowieść Shelleya
Historia zaczyna się w lasach północnej Anglii, około roku 195. Znamy ten wątek dzięki historykowi rzymskiemu, który towarzyszył wyprawom wojennym i zapisywał skrupulatnie wszystkie wydarzenia.
Otóż w roku 195, oddział rzymian przeszukiwał okolicę w pościgu za ostatnią grupą żyjących druidów, których religię zakwestionował Rzym.
Z zapisków dowiadujemy się, że złapano i zabito dwunastu druidów, ale rzymianie byli przekonani, że co najmniej jeden im umknął.
Przed śmiercią druidzi nie wyznali, dokąd uciekł, pomimo tortur.
Jedynie późniejsze wydarzenia mogą wskazywać, że był to potężny mag, któremu powierzono opiekę nad relikwiami druidów i zadanie wskrzeszenia ich wierzeń.
Rzymski skryba opisał, jak w pościg za nim udał się mniejszy oddział żołnierzy i jak to później znaleziono ich wszystkich martwych, lecz bez śladów walki i bez ran. Rzymianie uznali, że okolica im nie sprzyja i pośpiesznie wycofali się w kierunku Londinium.
Wiele im to nie pomogło, gdyż już po powrocie do koszar, jeden po drugim umierali na skutek nieznanej choroby – po prostu pewnego dnia się nie budzili, bez żadnych objawów, które mogły wcześniej sugerować cokolwiek.
Sam historyk przetrwał jedynie do powrotu do Rzymu, gdzie zdając sprawozdanie z wyprawy i pogromu Celtów, padł przed cesarzem i już się nie podniósł.
Wątek relikwii druidów powraca około roku 1650, kiedy to w jakiś dziwny sposób, niezależnie od siebie, kilku pisarzy opisało zwyczaje druidów i połączyło wiele dawnych historii w jedną całość, a kilka szlachetnych rodów angielskich, wywodzących swoje pochodzenie od rzymian, nagle wymiera.
Tutaj zaczyna się historia starego angielskiego rodu Bourd’l on Thames, który od wieków w zasadzie nie uczestniczył w walkach zbrojnych, za to przede wszystkim pielęgnował wykształcenie i kultywował wiedzę, kolekcjonując w swoich zamkach przedmioty o wielkiej wartości historycznej.
Bourd’l on Thames miał kilka gałęzi, a z jednej z nich, około roku 1830, urodził się Duncan Bourd’l, który doszedłszy do wieku dojrzałego, został przez rodzinę ogłoszony przewlekle chorym i odseparowany w jednej z rodzinnych posiadłości.
W okolicy mówiono, że Duncan oszalał po nagłej śmierci swojej żony, która nieszczęśliwie poślizgnęła się na ganku jego zamku i wpadła do fosy, gdzie utonęła. Oszalał do tego stopnia, że z wszystkich sił chciał ją przywrócić do życia. W tym celu zajął się badaniem starych ksiąg traktujących o magii druidów i znalazł w nich podobno coś, co spowodowało szaleństwo.
Okoliczni mieszkańcy bali się wędrować po okolicy po zmierzchu, aby nie zostać rozszarpanym przez potwora, jak mówili z grozą w oczach.
Według opowieści, potwór był wielkości człowieka, ale dysponował nadludzką siłą i był w stanie podnieść i porwać krowę z pastwiska. Nocami w okolicznym wioskach psy wyły swoją przeraźliwą pieśń, tym mocniejszą im bliżej było pełni księżyca.
Sytuacja powróciła do normy po odseparowaniu Duncana od rzeczywistości, czyli po zamknięciu go w lochach jego własnej posiadłości.
Fakt jednak pozostaje jeden i to niezbity: szukając sposobu na przywrócenie żonie życia, Duncan znalazł coś, co – jak twierdził, było relikwią druidów i łącznikiem z innymi światami. Gdyby ktoś uznał to za ciekawe, z Duncanem i tak już nie porozmawia: podobno pewnej nocy zniknął, razem z relikwią.
Historia zaczyna się w lasach północnej Anglii, około roku 195. Znamy ten wątek dzięki historykowi rzymskiemu, który towarzyszył wyprawom wojennym i zapisywał skrupulatnie wszystkie wydarzenia.
Otóż w roku 195, oddział rzymian przeszukiwał okolicę w pościgu za ostatnią grupą żyjących druidów, których religię zakwestionował Rzym.
Z zapisków dowiadujemy się, że złapano i zabito dwunastu druidów, ale rzymianie byli przekonani, że co najmniej jeden im umknął.
Przed śmiercią druidzi nie wyznali, dokąd uciekł, pomimo tortur.
Jedynie późniejsze wydarzenia mogą wskazywać, że był to potężny mag, któremu powierzono opiekę nad relikwiami druidów i zadanie wskrzeszenia ich wierzeń.
Rzymski skryba opisał, jak w pościg za nim udał się mniejszy oddział żołnierzy i jak to później znaleziono ich wszystkich martwych, lecz bez śladów walki i bez ran. Rzymianie uznali, że okolica im nie sprzyja i pośpiesznie wycofali się w kierunku Londinium.
Wiele im to nie pomogło, gdyż już po powrocie do koszar, jeden po drugim umierali na skutek nieznanej choroby – po prostu pewnego dnia się nie budzili, bez żadnych objawów, które mogły wcześniej sugerować cokolwiek.
Sam historyk przetrwał jedynie do powrotu do Rzymu, gdzie zdając sprawozdanie z wyprawy i pogromu Celtów, padł przed cesarzem i już się nie podniósł.
Wątek relikwii druidów powraca około roku 1650, kiedy to w jakiś dziwny sposób, niezależnie od siebie, kilku pisarzy opisało zwyczaje druidów i połączyło wiele dawnych historii w jedną całość, a kilka szlachetnych rodów angielskich, wywodzących swoje pochodzenie od rzymian, nagle wymiera.
Tutaj zaczyna się historia starego angielskiego rodu Bourd’l on Thames, który od wieków w zasadzie nie uczestniczył w walkach zbrojnych, za to przede wszystkim pielęgnował wykształcenie i kultywował wiedzę, kolekcjonując w swoich zamkach przedmioty o wielkiej wartości historycznej.
Bourd’l on Thames miał kilka gałęzi, a z jednej z nich, około roku 1830, urodził się Duncan Bourd’l, który doszedłszy do wieku dojrzałego, został przez rodzinę ogłoszony przewlekle chorym i odseparowany w jednej z rodzinnych posiadłości.
W okolicy mówiono, że Duncan oszalał po nagłej śmierci swojej żony, która nieszczęśliwie poślizgnęła się na ganku jego zamku i wpadła do fosy, gdzie utonęła. Oszalał do tego stopnia, że z wszystkich sił chciał ją przywrócić do życia. W tym celu zajął się badaniem starych ksiąg traktujących o magii druidów i znalazł w nich podobno coś, co spowodowało szaleństwo.
Okoliczni mieszkańcy bali się wędrować po okolicy po zmierzchu, aby nie zostać rozszarpanym przez potwora, jak mówili z grozą w oczach.
Według opowieści, potwór był wielkości człowieka, ale dysponował nadludzką siłą i był w stanie podnieść i porwać krowę z pastwiska. Nocami w okolicznym wioskach psy wyły swoją przeraźliwą pieśń, tym mocniejszą im bliżej było pełni księżyca.
Sytuacja powróciła do normy po odseparowaniu Duncana od rzeczywistości, czyli po zamknięciu go w lochach jego własnej posiadłości.
Fakt jednak pozostaje jeden i to niezbity: szukając sposobu na przywrócenie żonie życia, Duncan znalazł coś, co – jak twierdził, było relikwią druidów i łącznikiem z innymi światami. Gdyby ktoś uznał to za ciekawe, z Duncanem i tak już nie porozmawia: podobno pewnej nocy zniknął, razem z relikwią.
Melonik
Melonik
Dzisiaj mieliśmy trochę sprzątania, bo w nocy szalała potężna wichura. Lało przy tej okazji tak, że momentami nic nie było widać oprócz ściany wody. Dużo to i nie oglądaliśmy, tak przy okazji, bo przeczekaliśmy wichurę w saloonie, a barman już się zatroszczył o nasze możliwości zobaczenia czegokolwiek. Rano dopiero ujrzeliśmy, co się porobiło w nocy.
Indianin Joe powiedział, że taka burza, wiatr i błyskawice, to raczej coś zwiastują. Długo już co prawda jest z nami, to trochę zapomniał i intuicja mu się lekko zmiękczyła, ale i tak jest niezły.
Rano pojawił się gość w meloniku. Na piechotę przyszedł, co już było trochę dziwne, bo wyglądał, jakby dopiero co go odprasowali. Ubranie też nie w naszym stylu, jakiś surdut w kratę na sobie miał i buty ze śmiesznymi skarpetami na wierzchu.
Dawno już nie słyszeliśmy takiego akcentu. Chyba od wojny secesyjnej, a może jeszcze wcześniej? No po prostu okazało się, gość z Londynu! Anglik, jak pragnę zdrowia, na piechotę do nas przyszedł.
Napił się whiskey i trochę zrobił się bardziej rozmowny, bo na początku jedynie ‘dzień dobry’ wszystkim mówił, oraz ‘jak się Pan ma?’. Silvera zatkało, jak tak się do niego odezwał i coś tam odburknął, na co nasz gość z lekkim uśmiechem skinął głową i dotknął palcami do melonika.
Kilka godzin po jego przyjściu, zebraliśmy się w saloonie na jego zaproszenie i zaczęliśmy go słuchać. A miał coś najwyraźniej do opowiedzenia, bo szukał kogoś, kto teoretycznie mógł do nas zawitać.
Ale do rzeczy.
Nasz gość był prywatnym detektywem, którego wynajęto dla odnalezienia potomka jednego ze starszych rodów, w celu przekazania mu ostatniej woli dosyć bogatego wuja. Poszukiwania, które detektyw Shelley (bo tak albo się nazywał, albo miał na imię, do końca pewni nie jesteśmy), okazały się niełatwe i zaprowadziły go do nas, po przebyciu olbrzymiej liczby mil w Indiach i w Afryce.
Z Afryki pozostał mu służący, który niedługo razem z jego hinduskim pomocnikiem mieli do nas dotrzeć, bo bagaż gdzieś mu zaginął (widocznie trafił na miasto podobne do naszego).
Dotarli, a jakże! Przed nimi co prawda dotarli Indianie, którzy szukali u nas ochrony przed demonami. Co zrobić, nigdy nie widzieli rodowitego Afrykańczyka i jego kolor skóry ich przeraził. Wyrażenie ‘dotarli Indianie’, w zasadzie brzmi śmiesznie, w porównaniu do tego wiatru w mieście, który powstał kiedy do nas wpadli z takim impetem, że wszystkim się wydawało, że to żona farmera go znowu okłada.
Wszyscy goście wylądowali w hotelu, a Shelley obiecał, że po krótkim odpoczynku wróci do nas i opowie historię, której zakończenia jeszcze nie ma i – nie wiadomo, kiedy nastąpi.
No to czekamy przy barze.
Dzisiaj mieliśmy trochę sprzątania, bo w nocy szalała potężna wichura. Lało przy tej okazji tak, że momentami nic nie było widać oprócz ściany wody. Dużo to i nie oglądaliśmy, tak przy okazji, bo przeczekaliśmy wichurę w saloonie, a barman już się zatroszczył o nasze możliwości zobaczenia czegokolwiek. Rano dopiero ujrzeliśmy, co się porobiło w nocy.
Indianin Joe powiedział, że taka burza, wiatr i błyskawice, to raczej coś zwiastują. Długo już co prawda jest z nami, to trochę zapomniał i intuicja mu się lekko zmiękczyła, ale i tak jest niezły.
Rano pojawił się gość w meloniku. Na piechotę przyszedł, co już było trochę dziwne, bo wyglądał, jakby dopiero co go odprasowali. Ubranie też nie w naszym stylu, jakiś surdut w kratę na sobie miał i buty ze śmiesznymi skarpetami na wierzchu.
Dawno już nie słyszeliśmy takiego akcentu. Chyba od wojny secesyjnej, a może jeszcze wcześniej? No po prostu okazało się, gość z Londynu! Anglik, jak pragnę zdrowia, na piechotę do nas przyszedł.
Napił się whiskey i trochę zrobił się bardziej rozmowny, bo na początku jedynie ‘dzień dobry’ wszystkim mówił, oraz ‘jak się Pan ma?’. Silvera zatkało, jak tak się do niego odezwał i coś tam odburknął, na co nasz gość z lekkim uśmiechem skinął głową i dotknął palcami do melonika.
Kilka godzin po jego przyjściu, zebraliśmy się w saloonie na jego zaproszenie i zaczęliśmy go słuchać. A miał coś najwyraźniej do opowiedzenia, bo szukał kogoś, kto teoretycznie mógł do nas zawitać.
Ale do rzeczy.
Nasz gość był prywatnym detektywem, którego wynajęto dla odnalezienia potomka jednego ze starszych rodów, w celu przekazania mu ostatniej woli dosyć bogatego wuja. Poszukiwania, które detektyw Shelley (bo tak albo się nazywał, albo miał na imię, do końca pewni nie jesteśmy), okazały się niełatwe i zaprowadziły go do nas, po przebyciu olbrzymiej liczby mil w Indiach i w Afryce.
Z Afryki pozostał mu służący, który niedługo razem z jego hinduskim pomocnikiem mieli do nas dotrzeć, bo bagaż gdzieś mu zaginął (widocznie trafił na miasto podobne do naszego).
Dotarli, a jakże! Przed nimi co prawda dotarli Indianie, którzy szukali u nas ochrony przed demonami. Co zrobić, nigdy nie widzieli rodowitego Afrykańczyka i jego kolor skóry ich przeraził. Wyrażenie ‘dotarli Indianie’, w zasadzie brzmi śmiesznie, w porównaniu do tego wiatru w mieście, który powstał kiedy do nas wpadli z takim impetem, że wszystkim się wydawało, że to żona farmera go znowu okłada.
Wszyscy goście wylądowali w hotelu, a Shelley obiecał, że po krótkim odpoczynku wróci do nas i opowie historię, której zakończenia jeszcze nie ma i – nie wiadomo, kiedy nastąpi.
No to czekamy przy barze.
Mamy nowy dworzec!
Mamy nowy dworzec!
Jest co świętować. Co prawda, stary się rozleciał ze dwadzieścia lat temu (z naszą delikatną pomocą, żeby prawdę powiedzieć), więc budowa trwała dosyć długo, ale i tak, jak na nasze warunki, to sukces. W końcu jest nowy! Przy okazji budowania dworca, to sobie parę domów zbudowaliśmy, a z resztek budowlańcy musieli dworzec sklecić, więc nie ma na co narzekać.
Ale i tak już wszyscy narzekają. Że w złym miejscu stoi na przykład. Jakim złym? Ten kawałek torów, którego nie wykorzystaliśmy, to wręcz idealnie niedaleko dworca jest! Parę minut na piechotę tylko. Miejsce tym lepsze, że tory pozwoliliśmy położyć tak, żeby wchodziły do tunelu po starej kopalni. To jak tam już coś wjedzie, deszcz nie zmoczy i nie ma co biadać, że nie wyjedzie. A miało wyjechać? Cały czas byliśmy przekonani, że te pociągi to mają do nas dojechać, a nie gdzieś pojechać. No i tak ma zostać. Że do Rio nikt już pociągiem nie dojedzie? A po co? My tam bywamy i to już ludziom w Rio całkowicie wystarczy. Przynajmniej powinno.
Jonas prawie już zapomniał, jak pociągi wyglądają. Myślał, że dyliżans będzie teraz bez koni jeździł. Ma facet głowę i pamięć też niezgorszą – dyliżans już parę razy od nas bez koni wyjeżdżał przecież, ale pomylił środki lokomocji.
Dworzec nawet niebrzydki na razie jest, kilka pomieszczeń w środku ma – jedno dla zawiadowcy, drugie dla telegrafisty (cokolwiek to znaczy), a trzecie – tuż obok wychodka, najmniejsze, dla pasażerów. Mały problem tylko jest, bo grabarz desek na dach nie chce oddać, a jak on nie chce, to siły na niego nie ma. My z Unkassem nie pomożemy tym inżynierkom z kolei z grabarzem rozmawiać, w końcu grabarz jest nasz, to i deski już też nasze są. Szrama i Geens wręcz im powiedzieli, żeby do miasta nie przychodzili, bo mogą bezpośrednio do grabarza trafić. Ci przynajmniej rozmowni są, bo jakby inżynierkowie na Silvera trafili, to już by mieli deski. Z każdej strony by te deski mieli, ciasno zbite i przysypane.
Na uroczyste otwarcie dworca, to ludzie zjechali chyba z całego kraju. W hotelu to mieliśmy taki przerób, że sklepy odżyły, bo towarów przybyło błyskawicznie, nawet mało używanych. Widać, bogaci byli, zanim do nas przyjechali.
Orkiestra grała, pełno kwiatów skądś się pojawiło i jakiś grubas przemawiał. Grubas i kurdupel, kompletnie go nie było widać zza stołu. Szycha podobno jakaś. Jaka tam szycha! Jakby taka ważna osoba był, to by z kotem po prerii nie jeździł. No, w zasadzie, to już z nim nie będzie jeździł, bo Indianin Joe przyrządził go przesmacznie, a ziółka od Gaha doprawiły smak, że świat tańczył.
No, to tyle. Ciekaw jestem jedynie tego, kiedy tory do dworca doprowadzą. A niezły kawałek do położenia mają, bo te kilkadziesiąt mil torów, to myśmy na złom do Meksyku wysłali.
Idę do saloonu, zobaczę, co chłopaki przynieśli po imprezie na dworcu. Podobno masa ciuchów została, zaraz po tym, jak Kubussek szerszenie od Indianina Joe rozpuścił.
Jest co świętować. Co prawda, stary się rozleciał ze dwadzieścia lat temu (z naszą delikatną pomocą, żeby prawdę powiedzieć), więc budowa trwała dosyć długo, ale i tak, jak na nasze warunki, to sukces. W końcu jest nowy! Przy okazji budowania dworca, to sobie parę domów zbudowaliśmy, a z resztek budowlańcy musieli dworzec sklecić, więc nie ma na co narzekać.
Ale i tak już wszyscy narzekają. Że w złym miejscu stoi na przykład. Jakim złym? Ten kawałek torów, którego nie wykorzystaliśmy, to wręcz idealnie niedaleko dworca jest! Parę minut na piechotę tylko. Miejsce tym lepsze, że tory pozwoliliśmy położyć tak, żeby wchodziły do tunelu po starej kopalni. To jak tam już coś wjedzie, deszcz nie zmoczy i nie ma co biadać, że nie wyjedzie. A miało wyjechać? Cały czas byliśmy przekonani, że te pociągi to mają do nas dojechać, a nie gdzieś pojechać. No i tak ma zostać. Że do Rio nikt już pociągiem nie dojedzie? A po co? My tam bywamy i to już ludziom w Rio całkowicie wystarczy. Przynajmniej powinno.
Jonas prawie już zapomniał, jak pociągi wyglądają. Myślał, że dyliżans będzie teraz bez koni jeździł. Ma facet głowę i pamięć też niezgorszą – dyliżans już parę razy od nas bez koni wyjeżdżał przecież, ale pomylił środki lokomocji.
Dworzec nawet niebrzydki na razie jest, kilka pomieszczeń w środku ma – jedno dla zawiadowcy, drugie dla telegrafisty (cokolwiek to znaczy), a trzecie – tuż obok wychodka, najmniejsze, dla pasażerów. Mały problem tylko jest, bo grabarz desek na dach nie chce oddać, a jak on nie chce, to siły na niego nie ma. My z Unkassem nie pomożemy tym inżynierkom z kolei z grabarzem rozmawiać, w końcu grabarz jest nasz, to i deski już też nasze są. Szrama i Geens wręcz im powiedzieli, żeby do miasta nie przychodzili, bo mogą bezpośrednio do grabarza trafić. Ci przynajmniej rozmowni są, bo jakby inżynierkowie na Silvera trafili, to już by mieli deski. Z każdej strony by te deski mieli, ciasno zbite i przysypane.
Na uroczyste otwarcie dworca, to ludzie zjechali chyba z całego kraju. W hotelu to mieliśmy taki przerób, że sklepy odżyły, bo towarów przybyło błyskawicznie, nawet mało używanych. Widać, bogaci byli, zanim do nas przyjechali.
Orkiestra grała, pełno kwiatów skądś się pojawiło i jakiś grubas przemawiał. Grubas i kurdupel, kompletnie go nie było widać zza stołu. Szycha podobno jakaś. Jaka tam szycha! Jakby taka ważna osoba był, to by z kotem po prerii nie jeździł. No, w zasadzie, to już z nim nie będzie jeździł, bo Indianin Joe przyrządził go przesmacznie, a ziółka od Gaha doprawiły smak, że świat tańczył.
No, to tyle. Ciekaw jestem jedynie tego, kiedy tory do dworca doprowadzą. A niezły kawałek do położenia mają, bo te kilkadziesiąt mil torów, to myśmy na złom do Meksyku wysłali.
Idę do saloonu, zobaczę, co chłopaki przynieśli po imprezie na dworcu. Podobno masa ciuchów została, zaraz po tym, jak Kubussek szerszenie od Indianina Joe rozpuścił.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
